Czyściec

Rozdział 1

Dzień jak Codzień

18 min czytaniaTreść objęta prawami autorskimi. Kopiowanie i dalsze rozpowszechnianie bez zgody autora jest zabronione.

Wlałem ostatnie litry wody do lekko zardzewiałej beczki stojącej między starą stodołą a wychodkiem. Na dnie zadudniło głucho, żałośnie. Za mało. Znowu za mało. Kątem oka spojrzałem na Ernesta. Z językiem przyklejonym do kącika ust prowadził śmiertelnie poważną walkę z żabą. Zielona bestia, może piętnastocentymetrowa, uskakiwała przed każdym ciosem patyka z taką wprawą, jakby drwiła sobie z niego od lat. Parsknąłem pod nosem. Młody nie walił byle jak. Nie rzucał się na oślep. Podchodził, odcinał jej drogę, czekał. Rośnie wojownik — przemknęło mi przez myśl. Zaraz potem przyszła druga, cięższa. Byle nie jak ojciec. — Ernest! — rzuciłem. — Co? — odburknął, nawet się nie odwracając. — Wyczyść beczkę. Jak wrócę od Mirandy, ma się błyszczeć. Słowa padły ostrzej, niż chciałem. Skrzywiłem się od razu. Przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że słyszę własnym głosem Marva. Pięknie. Jeszcze tego brakowało. Ernest w końcu obejrzał się przez ramię. — Po co? I tak zaraz będzie pusta. Spojrzałem na niego twardo. — Muszę kupić trochę wody. Jak tak dalej pójdzie, Evi nie dociągnie do jutra. Dopiero wtedy spoważniał. Opuścił patyk. Żaba skorzystała z łaski losu i zniknęła pod beczką.

Evi stała przy płocie i memlała suchą trawę, jakby dało się jeszcze wycisnąć z niej trochę życia. Znalazłem ją kiedyś przy skraju Cienistego Gaju, półmartwą i trzęsącą się tak, jakby coś z tamtego lasu nadal za nią szło. Ernest poskładał jej nogę, opatrzył ranę i od tamtej pory koza trzymała się naszego obejścia, od czasu do czasu oddając trochę mleka. Trochę. Nigdy dość. W Kera nawet mleko pachniało bardziej pieniędzmi niż domem. Ilekroć wyobrażałem sobie, że mam się tu zestarzeć, coś zaciskało mi się w piersi. Ta wizja była gorsza niż głód. Nie chciałem takiej przyszłości ani dla siebie, ani dla Ernesta. Ten mały, opryskliwy blondyn był wszystkim, co mi zostało, choć ledwie niedawno skończyłem szesnaście lat.

Z ponurego zamyślenia wyrwał mnie znajomy głos zza chaty, którą właśnie mijałem. — I dobrze! Nie będę ścierwa trzymał pod swoim dachem! — dobiegł mnie męski, twardy krzyk. — Zawsze byłeś gnojem. Nie chcę cię więcej widzieć... — odpowiedział drugi głos, miększy, ale tak poszarpany, jakby ledwo trzymał się w całości. Minąłem drewniany, zgniły płot, który bardziej chwiał się, niż stał, i wtedy ją zobaczyłem. Revi. — O! Cześć, Revi! — rzuciłem trochę głośniej, żeby mnie zauważyła. — Cześć, V. — Jej głos od razu złagodniał, jakby tamta kłótnia wcale nie wydarzyła się przed chwilą. Podeszła bliżej płotu. — Gdzie idziesz? — Do Mirandy. Znowu skończyła się woda... — Niedobrze. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie wybrać się do lasu. — Albo się zaciągnąć... Sam nie wierzyłem w to, co właśnie powiedziałem. Revi spojrzała na mnie tak, że od razu odechciało mi się udawać twardego. — Nie żartuj sobie. Przecież wiesz, jak kończą się kontrakty dla takich jak my. Milczałem, więc mówiła dalej: — Słyszałam, jak matka mówiła, że Zirek nie wrócił z kontraktu. — Zirek się zaciągnął? — zdziwiłem się. — Tak. Obiecali mu dwieście litrów i dwa menwamy. — To całkiem sporo. — Sporo jak za życie? — odpowiedziała z lekkim, gorzkim uśmiechem. — Widzę, że nie cenisz się zbyt wysoko. Parsknąłem. — Ja powiedziałbym co najmniej sto litrów i pół menwama. Uśmiechnęła się. Nie wiedziałem dlaczego, ale ilekroć patrzyłem na Revi, ten ponury dół nabierał kilku promieni. Żyła w gorszym bagnie niż ja i Ernest, a mimo to potrafiła się uśmiechać. Najgorsze było to, że kilka razy widziałem, jak jej ojciec próbował siłą wypchnąć ją do lasu. Za każdym razem udawało jej się uciec. Do dziś nie rozumiałem, co trzeba zrobić, żeby własny ojciec patrzył na człowieka z taką nienawiścią. Wmawiałem sobie, że to nie mój problem. Revi zawsze jakoś dawała sobie radę. Ruszyłem dalej. Mijając karczmę po prawej stronie, zauważyłem, że jak zwykle tętni życiem, choć słońce wisiało już nisko. No tak. Przecież Marv tam jest. Ciekawe, co tym razem odwalił. Nie musiałem długo czekać na odpowiedź. Drzwi karczmy uchyliły się lekko, więc odruchowo się zatrzymałem. Zwykle ta scena kończyła się tak samo: jeden pijak tłukł drugiego, a reszta tylko patrzyła, jakby to była część zwykłego wieczoru. Tym razem głównym aktorem okazał się Marv. — Skurwysynu! To już trzecie krzesło w tym tygodniu! — ryknął ktoś ze środka. — No i chuj — wydarł się znajomy, przepity głos zza uchylonych drzwi. Chwilę później ze środka wyleciała wielka sylwetka. Marv zatoczył pełny obrót wokół własnej osi, po czym runął twarzą prosto w pożółkłą plamę obok wejścia. Przykładny ojciec. Wzór nad wzorami. Tyle że nawet on nie był teraz moim największym problemem. Słońce osuwało się już za linię drzew. Do stoiska Mirandy z deszczówką miałem jeszcze kawał drogi, a jeśli się spóźnię, Ernest mi tego nie wybaczy. Nie wtedy, kiedy od tego zależało, czy Evi dotrwa do rana. Dobiegłem do wielkiego drewnianego szyldu z metalowym okuciem, które układało się w jedno słowo: Woda. Miałem przepoconą koszulę, oddech rwał mi się w piersi, a nogi uginały się pod każdym krokiem. Do zachodu zostało może pół godziny, a na powrocie i tak będę musiał taszczyć pełny baniak. Świetnie. Szkoda tylko, że nie wziąłem swojego stalowego miecza. A nie, chwila. Jak mogłem zapomnieć — nie mam go, bo ojcu rok temu zabrakło na spłatę długu w karczmie. Czasem zastanawiałem się, czym groził tym wszystkim niewinnym ludziom nad rzeką, skoro nawet miecz potrafił przepić. Nieważne. Skup się, Virc. Na celu. Cel był prosty. Woda. Jak prawie zawsze w tym przeklętym miejscu. Zrobiłem dwa kroki pod szyld. Po lewej stronie wylegiwał się rudawy kocur. Widok raczej nie napawał otuchą. Tak naprawdę ten kot mógłby robić za herb całej Kery — lewe oko zarośnięte, pewnie dawno wybite, a na żebrach królewski bard mógłby zagrać pieśń pochwalną ku czci wspaniałych rządów Bartalii. Oczywiście nie tutaj. Tutaj dostałby za to w ryj. Po prawej stała wielka beczka ustawiona w poprzek. Gigantyczna. Ile ona może pomieścić? — przemknęło mi przez głowę. Do zimy by wystarczyło. Może i dłużej. — Czego chcesz?! — ochrypły głos dobiegł zza chaty. — To ja, Virc! Potrzebuję trochę wody, pani Mirando! — odkrzyknąłem. Miranda najlepsze lata miała już dawno za sobą. Lepiej było mówić do niej głośno i wyraźnie, bo jeśli czegoś nie dosłyszała, potrafiła sobie resztę dopowiedzieć. A to bywało kłopotliwe. — Nie mam. Skończyła się. Nawet deszcz przestał tu zaglądać. — Potrzebuję naprawdę niewiele. Dla kozy. — Dla ludzi nie mam. Dla kozy mam. Poczekaj. Z chaty dobiegł rumor, jakby szafa przewróciła się na zastawiony stół. Miranda nie miała wiele, ale wszystko, co miała, upychała w swoim małym pokoiku. Podejrzewałem, że życie w takim graciarniaku nie należy do prostych, ale co ja tam wiedziałem. Ona pewnie pamiętała jeszcze czasy, gdy ludzie umierali bardziej po ludzku. Po chwili wyszła, niosąc niewielkie drewniane wiadro wypełnione do połowy lekko poszarzałą wodą. — To reszta deszczówki. Odebrałem je ostrożnie, jakby miało w sobie coś świętego. — Bardzo pani dziękuję, Mirando. Jutro oddam wiadro i postaram się odłożyć trochę mleka. Już w chwili, gdy to mówiłem, wiedziałem, że znowu obiecałem więcej, niż mogłem. Evi od tygodni nie dawała prawie nic. — Dobra, dobra. Ty lepiej ojcu powiedz, że mam dla niego robotę. Niech przyjdzie ten pijaczyna. Dach zaczął mi przeciekać. Przekazać ojcu. Już chyba wolałbym iść do lasu. Ten dureń był nieprzytomny, odkąd pamiętałem. Ostatni raz widziałem go trzeźwego chyba na paleniu jego brata. Chociaż, szczerze mówiąc, nawet tego nie byłem pewien. Chciałbym powiedzieć, że rozsypał się po tym, co spotkało matkę. Tylko że parszywca nie było przy niej nawet wtedy. Szkoda strzępić ryja. — Jasne, przekażę — powiedziałem. — Ale nic nie obiecuję. Za to z wiadrem wrócę na pewno. Nie mogłem sobie pozwolić na rozwodzenie się o Marvie i jego chwalebnych dokonaniach ostatniej dekady. Zachód zbliżał się nieubłaganie. A jeśli się nie wyrobię, ciężar będę czuł nie tylko w rękach, ale i na sumieniu. Miranda to dobra kobieta — przemknęło mi przez głowę, kiedy biegłem przez wieś. Od zawsze była dla nas lepsza, niż musiała. Znała matkę. Ojca chyba jeszcze lepiej, i może właśnie dlatego patrzyła na mnie i Ernesta trochę jak na sieroty. Gdybym miał ocalić kogoś z tej parszywej wioski, uratowałbym Mirandę. No i Revi. Właściwie Revi najpierw. Jest jeszcze Ernest. Czyli najpierw Ernest, potem Revi. Chociaż gdyby spytać mnie w złej chwili, pewnie odpowiedziałbym odwrotnie. Przyspieszyłem. Ciekawe, co teraz robi. Przy karczmie skręciła głębiej w wioskę. Sądząc po tej subtelnej wymianie zdań z ojcem przy chacie, nie miała przed sobą szczególnie przyjemnego wieczoru. Twarda jest — pomyślałem. Da sobie radę. Słońce ledwo tliło się już na horyzoncie. Wpadłem do wioski tak, jakby naprawdę gonił mnie potwornik. Może nawet dwa. Kiedy zbliżyłem się do karczmy, zauważyłem kilku ludzi stojących przy kapliczce obok drogi. Zwolniłem odruchowo. Zbiorowiska nigdy nie zwiastowały niczego dobrego. Podszedłem bliżej. Przecisnąłem się wzrokiem zza pleców jakiegoś wysokiego gapia i wtedy zobaczyłem postać leżącą pod kapliczką. Skuloną, nieruchomą. Długie włosy spięte w kucyk. Revi? Jedna z osób w tłumie złapała ją za ramię i przewróciła na plecy. Wiadro wypadło mi z dłoni. To była ona. Twarz miała całą poobijaną i zakrwawioną. Wyglądała, jakby stratował ją koń albo ktoś bardzo się starał, żeby już nie wstała. Dopadłem do niej w dwóch krokach. — Revi! Revi, słyszysz mnie?! Nie odpowiedziała. — Zdechła — rzucił któryś z gapiów. Ledwo to do mnie dotarło. Gdybym wtedy miał miecz, odciąłbym mu język. — Revi, proszę... wstawaj. Revi! Zacząłem szarpać ją za ramię, jakbym samym uporem mógł ją zmusić, żeby otworzyła oczy. Liczyłem, że zaraz spojrzy na mnie jak zawsze, z tym swoim lekkim, spokojnym uśmiechem, jakby wszystko dało się jeszcze naprawić. Nie poruszyła się. Zamarłem. Ręce zaczęły mi drętwieć, oczy zaszły łzami. Jeśli ta wieś miała znowu kogoś pożreć, to nie ją. Nie Revi. Była jedynym promieniem, jaki tu widziałem. Zbyt pogodna na taką godzinę. Zbyt żywa na tę martwą ziemię. — Co to za zbiorowisko?! — ryknął znajomy, ciężki głos. — Co się tu dzieje?! Spojrzałem przez łzy i zobaczyłem zbliżającą się wielką sylwetkę. Marv. No jasne. Czemu akurat ty. Czemu akurat teraz. — Co się stało, Virc? Ten głos wyrwał mnie z letargu. — Nie wiem. Pobiegłem po wodę, wróciłem, a oni tu stali... a ona leżała. — Kiwnąłem głową w stronę Revi. Marv uklęknął przy niej, pochylił się nad jej piersią i przez chwilę nasłuchiwał. — Oddycha. W tamtej chwili wybaczyłem mu wszystko. Wlał we mnie nadzieję tak nagle, że aż zabolało. Otarłem policzki, a zanim zdążyłem się zorientować, już miał Revi przerzuconą przez ramię. — Idziemy do Kansa — rzucił. Potem spojrzał na mnie twardo. — Żwawo. Dopiero wtedy dotarło do mnie, ile czasu minęło od jego popisu pod karczmą. Musiała wrócić mu przytomność. Może właśnie wracał do domu. Może po prostu miał szczęście znaleźć się tu we właściwym momencie. Szedłem za nim i dopiero po chwili zauważyłem, że trzęsą mi się ręce. Ręce. Wiadro. Wiadro z wodą. Zostawiłem je pod kapliczką. Trudno. Są ważniejsze rzeczy od kozy. Do chaty zielarza na szczęście nie było daleko. Ktoś kiedyś uznał, że powinien mieszkać blisko środka wioski. Wcześniej było mi to obojętne. Teraz pierwszy raz pomyślałem, że może bogowie jednak nie mają nas w dupie. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Marv szedł w milczeniu. Zresztą nigdy nie był rozmowny. Głównie rzucał mi i Ernestowi krótkie polecenia — twarde, suche, bez cienia człowieka. Idę zarobić na chleb i wodę. Jak wrócę, wychodek ma być naprawiony. Takie rzeczy. Kiedy dotarliśmy do płotu, Marv już z drogi ryknął: — KANSA! OTWIERAJ! Po chwili po lewej stronie drzwi zapaliło się światło świecy. Wąskie, podgniłe drzwi uchyliły się i zza nich wychynęła niska postać. Czarne włosy, wyłupiaste oczy, długi nos. Nie wyglądał jak ktoś, komu człowiek chętnie powierzałby życie. Tyle że ja nie miałem innego wyboru. — Nawet mi nie mów, Marv, że znowu mam cię łatać — skrzeknął. — Nie, tym razem nie ja. Kansa zmrużył oczy. — Kto to? — To Revi! — wyrwało mi się głośniej, niż chciałem. — Czemu ona wygląda tak źle? — Nie wiem. Znalazłem ją przy kapliczce. Kansa odsunął drzwi szerzej. — Dobra. Wnoś ją. Ojciec położył Revi ostrożnie na zbitym sianie. Wnętrze chaty wyglądało dużo lepiej niż z zewnątrz. Było czysto, porządnie, prawie schludnie. Spodziewałem się u zielarza ścian zastawionych ziołami, butlami, księgami i całym tym magiczno-medycznym tałatajstwem, ale nic z tego. Żadnych wielkich regałów, żadnych tajemniczych mikstur na pokaz. Kansa po prostu wyciągnął spod łóżka drewniane pudło. Ze środka wyjął szmatkę i małą butelkę z niebieskawym, śmierdzącym płynem. Nasączył materiał i zaczął zmywać krew z twarzy Revi. Dopiero wtedy naprawdę ją zobaczyłem. Mocne rysy. Mały, zgrabny nos. Usta czerwone nawet pod zaschniętą krwią. Tak, to była Revi. Ta sama, która jeszcze kilka godzin wcześniej stała przy płocie i umilała mi drogę samą obecnością. — Będzie żyć — powiedział Kansa. Jakby głaz spadł mi z piersi. Nie — jakby serce, które przez chwilę tkwiło w kamieniu, nagle znowu zaczęło bić. — Jest mocno poobijana — mruknął zielarz, oglądając jej skroń. — Napastnik nie bił, żeby zabić. Albo próbował i był w tym wyjątkowo marny. Dopiero gdy to powiedział, poczułem, jak w środku zbiera mi się coś gorącego. Nie ulga. Nie do końca. Coś gorszego. Miałem ochotę kogoś zabić. I byłem pewien, że zrobiłbym to skuteczniej niż ten, kto dopadł Revi. Nie wiedziałem jeszcze, kto to był. Ale to miało się zmienić.

— Musi odpocząć — rzucił Kansa, niższym tonem niż dotąd. — Rozumiem — odparł Marv. — Jej stan nie jest tak zły, jak wskazuje ciało. Miała szczęście. Dostała kilka ciosów w twarz i straciła przytomność. Napastnik musiał się wystraszyć — ciągnął zielarz. — Nie wiem, co się stało — powiedział Marv. —Miała szczęście, że skończyło się tak, a nie gorzej. Kansa spojrzał na nas uważniej. — Dobra, przejdźmy do rzeczy. Musi odpoczywać parę dni. Znacie ją? Marv rzucił mi spojrzenie, które nie zostawiało miejsca na milczenie. — To Revi. Mieszka niedaleko karczmy. Nie bardzo wiedziałem, ile powinienem mówić. Przecież nie zamierzałem opowiadać mu całej historii naszej znajomości. — Ma rodzinę? — zapytał Kansa. — Ma. – odparłem. — To ich poinformuj. Za darmo nie pracuję. – ostudził moją wiarę dobre intencje ludzkości. To zdanie wybiło mnie z rytmu. Dlaczego właściwie spodziewałem się, że ktokolwiek w tej dziurze zrobi coś z dobrego serca? Każdy pilnował tu własnego kawałka dupy. — Wolałbym nie — powiedziałem. — Jej ojciec na pewno nie zapłaci. I wtedy poczułem, jak nadzieja znowu odkleja mi się od środka. — Trzymaj. - Marv wyciągnął monetę zza pazuchy i rzucił ją prosto w dłoń Kansy. Zamurowało mnie. On? Wieczny pijaczyna, wzór wszystkiego, czym ojciec nie powinien być, zapłacił za kogoś obcego? Byłem pewien, że śnię. Że zaraz się obudzę gdzieś na łące, z obitą piszczelą, bo Ernest znowu zamachnął się patykiem za szeroko. Przetarłem oczy. Nie obudziłem się. Za to nadszedł moment, kiedy trzeba było wyjść. Marv przecisnął się przez wąskie drzwi z zaskakującą ostrożnością. Widocznie nawet po pijaku wiedział, że nie stać go na wymianę spróchniałej futryny. Na zewnątrz zapadł już zmrok. Słońce całkiem zniknęło za linią drzew. Drzewa. Okrutny wymysł. A może nie same drzewa, tylko to, co kryło się pomiędzy nimi. Najprostsza droga do tego, żeby zostać wioskową legendą, była jedna: wejść do lasu i nie wrócić. Kiedyś nadejdzie dzień, kiedy sam tam pójdę. Nie pozwolę, żeby dusza matki gniła zamknięta w jakimś skurwielu. — Dlaczego to zrobiłeś? — zapytałem. Nie chciałem, żeby zabrzmiało jak zarzut, ale właśnie tak zabrzmiało. — Zrobiłem co? — odburknął Marv. — Dlaczego zapłaciłeś za Revi? Dlaczego jej nie zostawiłeś, tak jak zostawiłeś mnie, Ernesta i matkę? Marv spojrzał na mnie ciężko. — Nie zaczynaj znowu. Nikogo nie zostawiłem. - Sam chyba nie wierzył w te słowa. Tylko że nigdy nie umiał przyznać się do błędu. Nawet przed sobą. — Poważnie? — prychnąłem. — Bo ja myślę, że właśnie zrobiłeś dokładnie to. Czy kiedykolwiek powiedziałem mu to w twarz? Chyba nie. A jeśli nawet, to nie tak. — Masz co żreć? — rzucił. — Masz co pić? No właśnie. To chyba jednak was nie zostawiłem. — Mam co żreć, bo poluję. Mam co pić, bo piję deszczówkę, którą zwykle kupujemy za pieniądze z łowów. Gdyby nie zwierzyna, dawno byśmy z Ernestem zdechli. Marv milczał przez moment. — Okaż trochę szacunku ojcu. - Brzmiał już inaczej. Ciszej. Mniej pewnie niż wcześniej. — Gdybym miał ojca, może znalazłbym trochę szacunku. To go trafiło. Widziałem to. I przez chwilę sam nie wiedziałem, czy dobrze zrobiłem. Przecież jeszcze przed chwilą pomógł Revi. Gdyby nie on, mogła już nie żyć. Nabrałem powietrza. — Posłuchaj... — powiedziałem już ciszej. — Dziękuję za pomoc Revi. Naprawdę. Ale to nie zmienia tego, że jako ojciec jesteś wybitnie chujowy. Tym razem wiedziałem, że właśnie to chciałem powiedzieć. Dość spokojnym tempem wróciliśmy w okolice chaty. Ernest drzemał sobie na fotelu przed wejściem. Widocznie czekanie na mnie było wyczerpującym zajęciem. Chętnie sprawdziłbym, czy wyczyścił beczkę, ale przy takim świetle równie dobrze mógłbym oceniać ją po zapachu. Zresztą i tak postawiłbym tysiąc litrów czystej rzecznej wody, że napadła go armia potężnych żab i walczył z nią aż do upadłego. Na beczkę na pewno nie starczyło czasu. Beczka... Wiadro. No tak. Zostawiłem je przy kapliczce. Dobrą godzinę temu. Pewnie już go nie ma. Tutaj okazje się wykorzystuje, a nie im przygląda. — Evi! Błagam, wytrzymaj jeszcze trochę! — krzyknąłem w stronę zagrody. — Virc! Bracie! — Ernest zerwał się z fotela. — Wróciłeś jak bohater z wodą, prawda? — Nie do końca. Co prawda jako bohater... ale bez wody. Już w chwili, gdy to mówiłem, poczułem ukłucie zawodu. Brzmiało to jak coś, co powiedziałby Marv. Nie. Nie chcę tak brzmieć. Ja nie zawodzę. A przynajmniej do tej pory starałem się nie zawodzić. — Jak to bez wody? A Evi? Co z nią? Pobiegł do zagrody, jakby chciał ją przepraszać samym pędem. — Chwila... GDZIE EVI?! Ruszyłem za nim. Marv, niewzruszony, opadł na fotel, z którego jeszcze chwilę wcześniej zwlekał się Ernest. Evi rzeczywiście nie było. — Ernest, gdzie jest Evi? — zapytałem, choć w głosie i tak zabrzmiał wyrzut. — Nie wiem. Była tu. Potem poszedłem czyścić beczkę. — Ale? — Ale zapomniałem szczotki... więc wróciłem na ganek. A tam zobaczyłem szczura przy zbożu w przedsionku i próbowałem go przegonić... Kończył coraz ciszej, mniej więcej tak szybko, jak we mnie gasła resztka wiary, że cokolwiek w tej wsi da się utrzymać przy życiu. — Dobra. To nie twoja wina — powiedziałem. — Najważniejsze, żeby znaleźć Evi. Ale już wiedziałem, co obaj myślimy. Ciemno. Las niedaleko. Jeśli tam poszła, przepadła. Tak jak wiadro. Woda w wiadrze. Wiara Mirandy w moje obietnice. I mój honor. Spojrzałem na Ernesta. W jego oczach zbierały się łzy. — Poszukamy jej rano — powiedziałem, choć sam nie wierzyłem we własne słowa. Naszą rozmowę przerwał błysk po prawej stronie. Jakby pochodnia od strony drogi do miasta. Odwróciłem głowę. Marv już przysypiał na fotelu. Jakżeby inaczej. Ciężki dzień. Najpierw się schlać, potem otrzeźwieć, a na koniec bohatersko zasnąc. Błysk pojawił się drugi raz. Potem trzeci. Jeźdźcy. — Ernest, do chaty. Już. Nie posłuchał. Stał obok mnie i patrzył tak samo jak ja w ciemność, z której coraz wyraźniej wyłaniał się huk kopyt. Konie. A konie nie należały do przypadkowych ludzi. Serce zaczęło mi walić mocniej. Kto to jest? Czego mogą chcieć? Kiedy doliczyłem się pięciu sylwetek, pierwsza była już ledwie kilka metrów od nas. Zatrzymał się ostro, pewnie, jak ktoś, kto nie pyta o drogę, tylko przyjeżdża po swoje. Kątem oka zobaczyłem, że Marv już nie śpi. Siedział wyprostowany. Trzeźwiejszy, niż widziałem go od dawna. Gdy reszta dojechała, huk ucichł. Zapadła cisza. Zła, ciężka, nienaturalna. Przerwał ją trzeci z jeźdźców. — Witaj, Marv. Przyjechaliśmy odebrać dług. Zamilkł na moment, a potem dodał: — Widzę że żyjesz w dostatku – rzucił śmiejąc się. - Ale spokojnie, coś sobie wybierzemy. – dodał już bez uśmiechu. Jego głos był spokojny, ale twardy. Nie rozumiałem jeszcze, kim dokładnie jest i co właściwie dzieje się wokół mnie, ale jedno czułem od razu — nic dobrego z tego nie będzie. Spojrzałem na Ernesta. Stał jak wryty. Nawet nie próbował udawać twardego. W jego oczach siedział czysty strach. Nienawidziłem tego widoku. Był zbyt niewinny dla tego świata. Jego naturalnymi wrogami powinny być żaby, nie ludzie na koniach przyjeżdżający nocą po dług. Kątem oka spojrzałem na Marva. Spodziewałem się jego zwykłego pijackiego stylu. Czegoś w rodzaju: Nie mam pieniędzy, to wypierdalać. Ale nie. Marv stał nieruchomo, niemal tak samo sztywno jak Ernest. Jakby w kilka minut wytrzeźwiał bardziej, niż przez ostatnie tygodnie. Całe ciało miał napięte, ale nie jak przed bójką. To nie było napięcie do ataku. To był paraliż. Nigdy wcześniej nie widziałem go w takim stanie. Bywało, że tłukł się z kimś o deski z wychodka. Bywało, że ktoś za bardzo interesował się naszą beczką i kończył z rozbitą wargą. Wtedy Marv wyglądał inaczej. Wtedy był wkurwiony. Teraz wyglądał, jakby zobaczył ducha. — Długi spłaciłem — powiedział w końcu. Jeździec parsknął cicho. — Marv... — odezwał się prawie łagodnie. — Ty chyba naprawdę uwierzyłeś, że parę robótek i kilka lat ciszy zamyka sprawę. To zdanie zawisło w powietrzu jak smród. Marv nie odpowiedział od razu. Jeździec zeskoczył z konia i ruszył ku niemu wolnym, pewnym krokiem. — To, że pozwoliłem ci odejść, nie było łaską — ciągnął. — To była inwestycja. Twarz Marva zaczęła się zmieniać. Strach nie zniknął, ale złość zaczynała się przez niego przebijać. — Bardzo mi przykro, że nie zaznałeś spokojnego życia u boku ukochanej — powiedział tamten. — Zamknij mordę — warknął Marv. — Dla której nas zostawiłeś — dokończył spokojnie. — Los bywa złośliwy. Marv zrobił krok w jego stronę. — Czego chcesz? Dopiero teraz tamten uśmiechnął się naprawdę, ale w tym uśmiechu nie było nic ludzkiego. — Spłaty. — Nie mam nic — rzucił Marv. — Żyję skromnie, ledwo wiążę koniec z końcem. Nic już nie mam. Ostatnie słowa prawie wypluł. W jego głosie siedziały jednocześnie gniew, wstyd i coś jeszcze gorszego. Jeździec zatrzymał się tuż przed nim i zmierzył go wzrokiem od góry do dołu. — Chyba nie zapomniałeś, jak się walczy? Marv milczał. Tamten skrzywił się i machnął dłonią pod nosem. — Jezu, jaki odór. — Przechylił głowę lekko na bok. — Nie. Menel nam się nie przyda. Wtedy spojrzał na mnie i Ernesta. Poczułem to spojrzenie jak gwóźdź wbijany między żebra. — Ale tutaj... — powiedział cicho. — Tutaj widzę coś ciekawszego. Podszedł bliżej. Ernest aż zdrętwiał. — Ten mały wygląda na żywego. — Uśmiechnął się krzywo. — Szybko biega, Marv? W tej chwili wszystko stało się jasne. Nie przyjechali po pieniądze. Przyjechali po nas. Przerażony Ernest dalej stał nieruchomo. Marv zaczął nerwowo przerzucać ciężar z nogi na nogę. — Zostaw go! — rzucił, a głos załamał mu się w połowie. — Marv, spokojnie. — Firs mówił łagodnie, aż za łagodnie. — Tydzień temu straciłem gońca. Zrozum mnie. Potrzebuję nowego. Był pewny, że wróci z tym, po co przyjechał. To było słychać w każdym słowie. — Firs, błagam. To tylko dziecko. Pójdę z tobą, błagam, tylko go zostaw. Nadzieja konała mu w głosie szybciej niż resztki godności. — Nie potrzebuję chodzącego truchła — odparł Firs, nawet na niego nie patrząc. Przykucnął przy Erneście i uniósł pochodnię, oświetlając go od dołu. Mój brat wyglądał w tym świetle jak zwierzę złapane we wnyki. — Szybko biegasz, mały? — zapytał tonem, jakim uspokaja się przestraszone dzieci. — Nie odpowie ci — rzuciłem, zanim zdążyłem pomyśleć. Serce tłukło mi się o żebra jak oszalałe. Gdybym stał tu sam, pewnie już dawno bym uciekał. Ale Ernest był obok. To zmieniało wszystko. Uciec? Dokąd? Po lewej las. Po prawej droga do miasta — za otwarta. Nie. Nie dam rady. Nie z nim. Nie teraz. — Mój brat nie mówi — powiedziałem. Słowa wypadły ze mnie same. Dopiero chwilę później dotarło do mnie, co właściwie powiedziałem. Firs powoli odwrócił głowę w moją stronę. — Niemowa? — mruknął. — To jakiś niedojebany? — ryknął któryś z jeźdźców zza jego pleców. Firs zignorował go całkowicie. — A ty? — zapytał, patrząc już tylko na mnie. — Tobie coś dolega? Gdy spojrzałem mu w oczy, poczułem na plecach uderzenie gorąca. Nienaturalnego. Jakby ktoś dmuchnął we mnie rozpalonym piecem. — Nie... chyba nie... — wydusiłem. Mój własny głos zabrzmiał obco. Słabo. Jakby już do mnie nie należał. — No i świetnie. Wstał z przysiadu jednym szybkim ruchem. — Marv, twój dług uznaj za spłacony. Ruszył ku mnie. Zobaczyłem tylko błysk czarnej rękawiczki. Kiedy się ocknąłem, świtało. Mogła być piąta, może trochę później. Prawa strona twarzy pulsowała bólem, a wzrok miałem zamglony, jakbym patrzył przez brudną wodę. Jechałem przerzucony przez grzbiet osła. Oprócz mnie niósł jeszcze kilka mniejszych pakunków i jedną większą skrzynię. Pięknie. Nawet jako jeniec byłem dla nich ładunkiem.

Początek opowieści
Spis rozdziałów
Ostatni opublikowany rozdział

Opinie czytelników

Zostaw ślad po lekturze

Ten rozdział czeka jeszcze na pierwszą opinię. Jeśli chcesz, możesz zostawić swoją ocenę i krótki komentarz poniżej.

Formularz działa bez rejestracji. Włączony jest podstawowy antyspam: walidacja, honeypot i limit częstotliwości wysyłania opinii.

Ocena
Wybierz ocenę

Opinie są publiczne i widoczne pod rozdziałem. Administrator może usuwać spam i treści obraźliwe.